1/18/2019

Okiem Mamy: Nie taki poród straszny ... czyli zabawne historie z porodówki.

Czeeeść Kochani!

Pierwsze skojarzenie do słowa "poród", to zapewne dla większości "ból", ale też zaraz obok "szczęście". Jednak, jak większość życiowych sytuacji, tak i poród może momentami być ... zabawny. Zapraszam Was na kilka śmiesznych dialogów i sytuacji z mojego porodu oraz zaprzyjaźnionych Mam, które chciały podzielić się ze mną swoimi śmiesznymi opowieściami. Jak zwykle niezawodni okazali się Tatusiowie, których momentami stres przerastał. Zakładam, że niektóre historie zrozumieją tylko kobitki, które poród mają już za sobą. Pisząc ten tekst, miałam niezły ubaw, więc chyba nie taki poród straszny, jak go malują ;)

Położna podczas badania:
- Ta główka to gdzieś w kosmosie jest.

Lekarka: Czy Panią coś boli?
Ja: Nieee.
L: Oo, szkoda ...
(miałam poród wywoływany i wszyscy niecierpliwie czekali, aż w końcu się zacznie)

Położna: I co, czuje Pani skurcze?
Ja: Noooo i to jak, auu ..
Mąż: Ale jak Cię nie boli, to nie mów, że Cię boli.
Ja: Kur#@$ zaraz stąd wyjdziesz!
P: Oj, czyli boli.

Lekarz: Oo skurcze parte mamy, będziemy rodzić!
Ja: Ciekawe kto, bo chyba nie ja ...

Lekarz, do innej pacjentki:
- Chyba Panią straszne bóle męczą.
Pacjentka: - Mhhhm, ale położne powiedziały, że to dlatego, że szyjka oddziela się od krzyża.
L: Oo Matko, to brzmi jak z jakieś książki kucharskiej "mięso oddzielić od kości".

A tu kilka historii od zaprzyjaźnionych Mam 💓

"Kochanie, spokojnie przecież nic się nie dzieje.."- I w tym momencie miałam ochotę zabić!

Pani doktor po tym jak 4,5h chodziłam po ścianach z bólu mówi: „Czy chciałaby Pani coś przeciwbólowego?” -„Dawaj wszystko co masz!”
Byłam badana na fotelu, schodzę i się ubieram. I stojąc na jednej nodze zawiązuje sobie buta na drugiej. Lekarz stanął jak wryty i mówi „Takiego czegoś jeszcze nie widziałem”

 Dojechałam na porodówkę, zbadali mnie, położna prowadzi mnie na salę i pyta: "Pani jeszcze chodzi?" Miałam już 6cm rozwarcia ...

Ja się na nich darłam żeby poczekali, bo za chwilę będę miała skurcz . No i czekali :D

Jak mi chcieli dać znieczulenie, to powiedziałam, że jeszcze tak nie boli... a jak zaczęło i chciałam znieczulenie, to powiedzieli, że już za późno😂😂

Rodząc, zachodziłam w głowę czemu jakaś kobieta na sali obok tak się drze. Przecież jest spoko! A miałam już 5 cm rozwarcia i serio było spoko. Ale potem jak młody się zablokował to bolało tak , że darłam się głośniej niż ona 😖 mąż mówi: kochanie jesteś taka dzielna ! Taka cudowna ! A ja do niego: A weź Ty się zamknij!

-Nie dam rady, chce cesarkę!
-Ale właśnie pani już urodziła!

Przy porodzie z pierwszym synem do położnej:
-Niech mnie pani wyrzuci z tego 3 piętra
-To i tak nic pani nie da że Panią wyrzucę, urodzić trzeba 😂😂
Było to przy skurczach co 3-4min 😂

W pewnym momencie położna kazała iść na toaletę i przeć 😁Mój mąż za mną, gdy siedziałam i wiadomo co ... Mój mąż z tekstem, że u niego w przedszkolu dzieci mówiły do siebie " Ciebie to matka wysrała " 😂😂 Może to trochę patologiczne, ale w tamtym momencie myślałam, że go zabije, a z drugiej strony śmiać mi się chciało.
 
Ja szlam już na cesarkę a mąż do mnie "a Ty to idziesz sobie poleżeć, a ja tu będę się musiał stresować"  :-P:-P nie na to jak prawidłowo ocenić wyższość swoich zasług 😂😂

Mój mąż odbierał poród razem z położna, bo stwierdził, że nie zrobi to na nim wrażenia. Dlaczego? Bo przecież on jest synem gospodarza, wychował się wśród trzody, kaczek, kur i gęsi. A on już w swoim życiu tyle porodów świń i krów odbierał, że ten mój poród to dla niego pestka. I rzeczywiście xD gdyby mógł, to by się zamienił z położną. A komentował wszystko takim głosem jak Krystyna Czubówna faunę i florę xD

Po porodzie musiałam zostać trochę zszyta "tam na dole". Na koniec położna zawołała męża, żeby zobaczył, że nic się tam nie zmieniło (chyba widziała przerażenie w jego oczach) i specjalnie zrobiła kokardkę z nici, żeby zrobić mu prezent 😂kobieta była świetna 😊

Rodziłam w Boże Narodzenie. W tle moich wrzasków leciały kolędy a zza drzwi ciągle słychać było śmiechy położnych, nie wiedziałam czy śmieją się ze mnie i zastanawiałam się czy im czasem moje krzyki nie przeszkadzają.😄
Nie potrafiłam załapać jak to parcie ma wyglądać, mąż mi przypomina, że tak jakbym kupę robiła xd po wszystkim powiedziałam; "wiesz co, ja tak kupy nie robię" xd 
Mąż chciał przeciąć pępowinę, ale w szoku nie potrafił odpowiedzieć pielęgniarce czy jest prawo- czy leworęczny 😂 musiałam odpowiedzieć za niego xd

Mój mąż ciągle się pytał: "kochanie chcesz wody?" "Nie" na to on "A ja się napije" i tak 1,5l wypił sam 😉

Przy szyciu poprosiłam lekarza żeby zrobił kilka szwów więcej, bo skoro i tak szyje to niech mąż ma więcej przyjemności, a on zdziwiony popatrzył na mojego męża i dodał 
"Pierwszy raz mnie o to prosi kobieta a nie jej mąż" 😂😂😂

Chwilę po narodzinach córki, gdy już ją tuliłam do siebie ze łzami w oczach ze szczęścia, lekarz się pyta: "podoba się, czy wkładamy z powrotem?" 😆😆😆

Córka rodziła się "pupa" ponieważ była mała lekarz stwierdził że spróbujemy samodzielnie. Ze względów bezpieczeństwa na sali było kilku lekarzy w razie cesarki. Leżałam i miałam już dość silne skurcze a oni siedzieli przede mną na fotelach roześmiani opowiadali żarty. Nagle dzwoni jednemu telefon na co lekarz mówi
- "no przepraszam cię, ale w tej chwili nie mogę, ją tu rodzę" 
a ja się pytam -"no ciekawe kto tu rodzi" 😂😂😂

Rodziłam 14,5 h. Mój mąż dzielnie przy mnie trwał. Przez parę h miałam 10 cm rozwarcia. Po porodzie porobił zdjęcia pocałował mnie i powiedział ze idzie wykupić bilet bo mu mandat wypiszą i wyszedł.


W obliczu tych wszystkich opowieści, nie mam już nic do dodania na zakończenie ;) Mam nadzieję, że choć raz podczas lektury tego posta, zagościł na Twojej twarzy uśmiech.

11/14/2018

#girlstalk. Dziewczyny, rozmowy życie. Karolina Cwalina-Stępniak, Paulina Klepacz. Recenzja książki.

Cześć Kochani!

Dziś zapraszam na kilka słów o książce "#girlstalk. Dziewczyny, rozmowy, życie" autorstwa Karoliny Cwaliny-Stępniak i Pauliny Klepacz.


Wiecie na pewno nie od dziś, że książki to moja miłość na równi z kosmetykami. Najbardziej lubuję się w powieściach, szczególnie obyczajowych i kobiecych. "#girlstalk. Dziewczyny, rozmowy, życie" to książka przedstawiająca zupełnie inne treści.

Jak nie trudno się domyśleć na podstawie tytułu, treść książki ukazana jest w formie rozmów. Mogą one kojarzyć się z wywiadami, ale nie takimi w stylu "jak zdobyłaś sławę?", a rozmowami z wysokopółkowych czasopism kobiecych. Autorki zadają pytania swoim rozmówcom (tak, mężczyźni też wypowiadają się na łamach #girlstalk), uzyskując rozbudowane i bogate merytorycznie odpowiedzi. Grono "plotkujących" w książce stanowią osoby znane w różnych dziedzinach, jaki i tzw. zwykli śmiertelnicy ;) Osoby w różnym wieku i z różnorodnym bagażem doświadczeń. A o czym rozmawiają? O wszystkim! #samoakceptacja, #zdrowie, #relacje, #seks, #biznes - to tylko niektóre z poruszanych tematów.
Okładka, notabene nietuzinkowa i przykuwająca wzrok, jak też i tytuł- nie dość, że hasztag, to jeszcze angielszczyzna, w pierwszym momencie kojarzą się z ploteczkami, takie tam dziewczyńskie "śmichy-chichy". Ale książka, choć bywa momentami zabawna, to już od pierwszych stron daje do myślenia! Jedna z pierwszych rozmów miała tak 'dobry przekaz', że zaraz zadzwoniłam zapisać się na usg piersi. Forma pogaduszek nadaje książce lekkiego, niezobowiązującego brzmienia, choć poruszane tematy do lekkich nie zawsze należą. Z wielkim zaciekawieniem czytało mi się rozmowy o macierzyństwie. Sama dopiero raczkuję w tym temacie, więc uważam, że dobrze jest poznać doświadczenia innych mam, zwłaszcza, że nie ma w nich wymądrzania i udowadniania, iż "to ja jestem najlepszą matką pod słońcem". To akurat temat, który mnie najbardziej wciągnął, ale myślę każdy znajdzie coś, co go szczególnie zaciekawi w tych rozmowach. Mnie często podczas lektury nachodziła myśl, że "mądrego to i dobrze posłuchać".
Tak jak lubię rozmawiać z przyjaciółkami, tak też chętnie czytałam pogaduchy przedstawione na łamach #girlstalk. Forma rozmów jest bardzo przyjemna w odbiorze, w każdej chwili książkę można odłożyć, nie gubiąc przy tym wątku, a opłaca się ją otworzyć nawet na 10minut czytania. Publikacja ta stanowi idealne towarzystwo do samotnie wypijanej kawy ;) A powinna zaciekawić i dziewczyny młode i te starsze też! A może i mężczyzn?

Do kupienia: Sensus, empik

10/22/2018

Maseczka regenerująca 'kurkuma + chia', Botanic Spa Rituals, Bielenda

Witajcie!

To, że glinki uwielbiam mówiłam już niejednokrotnie. Dlatego, gdy decyduję się na zakup gotowej maseczki, to raczej uderzam w kierunku tych, które na glinkach bazują. I tak oto pewnego dnia do mojego koszyczka wpadła maseczka regenerująca 'kurkuma + chia' z linii Botanic Spa Rituals, Bielenda.
Słoiczek z maseczką zapakowany jest w tekturowe pudełeczko.
Na nim znajdziemy m.in. informacje odnośnie składu:
Maseczka znajduje się w szklanym słoiczku z nakrętką, można powiedzieć, że "Marian ona wygląda jakby luksusowo!"😉
Kolor maski jest intensywnie żółty i nie powiem głośno z czym mi się kojarzy, ale osoby mające styczność z niemowlakiem powinny wiedzieć 😂

Maseczka ma przyjemną kremową konsystencję, idealnie się ją nakłada- nie jest za gęsta, jak też nie spływa z twarzy. Nie zastyga na skorupę, jak mają w zwyczaju glinki, więc nie trzeba jej "psikać" w tracie "zabiegu maseczkowania". Niewątpliwym plusem jest przyjemny zapach kosmetyku, który bardzo uprzyjemnia chwile błogiego relaksu. Bezpośrednio po aplikacji wyczuwalne jest delikatne mrowienie, tudzież lekkie szczypanie. Zmywa się ją raczej bezproblemowo, jak typową glinkę. Jednak po spłukaniu maski, twarz zostaje żółta, tak na oko można by zarzucić lekką żółtaczkę osobie, która właśnie jest po użyciu tej maski. Ale kilka wacików z micelem/tonikiem i skóra wraca do normalnego kolorytu. Po zabiegu skóra jest przyjemnie nawilżona, mega mięciutka. Poprawia się też koloryt- oczywiście nie mam tu na myśli efektu żółtaczki! 😂 cera nabiera blasku i nie jest poszarzała. Właściwości regenerujące określiłabym jako bardzo delikatne, bez szaleństw w tym temacie. Nie polecam nakładać jej dzień przed ważnym wyjściem, gdyż buzia się po niej oczyszcza i jak siedzi "coś" pod skórą, to następnego dnia po aplikacji- wyjdzie. Uczulenia nie odnotowałam, podrażnień też nie (lekkie szczypanie na początku aplikacji nie powoduje szkód). 
Cena: ok. 24zł/ 50ml
 
Kosmetyk działa przyzwoicie, bez rewelacji, ale cosik tam dla skóry pożytecznego robi i nie szkodzi. Gdy nie mam czasu na rozrabianie glinki, to zadowolę się i tą maseczką. Ale ekonomiczniej wyjdzie zakup glinek, które też w moim przypadku robią lepszą robotę niż ten drogeryjny substytut. Czy kupię ponownie? Hmmm, może w jakieś super promocji tak. 

Znacie tę maseczkę?
A może używaliście innych kosmetyków z serii Botanic Spa Rituals?


Zobacz też: płyn micelarny 'kurkuma + chia' Botanic Spa Rituals

10/15/2018

Miętowa pomadka z peelingiem Sylveco oraz łagodząca pomadka Vianek.

Cześć Kochani!

W makijażu ust od lat stawiam na matowe pomadki, uwielbiam je! Jednak tego typu mazidła wymagają zadbanych ust, gdyż po pierwsze podkreślają wszelkie skórki i suche obszary, a po drugie same w sobie mogą wysuszać usta. Dlatego lubując się w matach, szczególną uwagę muszę poświęcić pielęgnacji ust. Kosmetyki, które ostatnio mają za zadanie dbać o moje usta, to miętowa pomadka ochronna z peelingiem Sylveco oraz łagodząca pomadka ochronna z olejem kokosowym Vianek (wersja różowa).
pomadka ochronna
Pomadki zapakowane są w tekturowe pudełeczka.
Kosmetyki te, to typowe dla pomadek ochronnych sztyfty, ich pojemności to 4,6g.
Wersja peelingująca ma w swej strukturze drobinki, co jest oczywiste z racji na jej charakterystykę ;)
Składy prezentują się następująco:
pomadka sylveco inci
vianek pomadka inci

Moja opinia:
Pomadek tych używam jednocześnie, razem zatem postanowiłam je zaprezentować. Łączy je producent- firma Sylveco. Mają też kilka cech wspólnych. Po pierwsze piękny, naturalny skład w obydwu przypadkach. Obydwie świetnie nawilżają usta, regenerują i zapewniają odpowiednią ochronę, pozostawiając delikatną warstwę. Nie jest to jednak tłusty, czy lepiący film, w niczym nie przeszkadzają, "nosi się" się je bardzo komfortowo. Pomadka z peelingiem ma idealnej wielkości drobinki- nie za drobne, nie nazbyt wielkie. Nie są one też zbyt ostre, ale niwelują ewentualne suche skórki, nie raniąc przy tym ust. Chwilę po jej użyciu czuć delikatny miętowy chłodek, więc zimową porą raczej nie będę jej używać na zewnątrz. Za to latem była idealna podczas upałów! Pomadka łagodząca ma wyczuwalny posmak gumy balonowej, suuuper! Szkoda, że tak szybko zanika ;)
Kosmetyki te używane są przeze mnie zamiennie. Choć wersji miętowej nie mam nic do zarzucenia w kwestii nawilżenia, to jednak częsty peeling nie jest wskazany i może przynieść efekty odwrotne do oczekiwanych. Dlatego zamiennie, a może nawet częściej w ciągu dnia sięgam po pomadkę Vianek. Obydwa produkty stawiam na równi dając wysokie noty. Bez zarzutów spełniają swoje zadanie. Moje usta wyglądają zdrowo, są nawilżone, nie straszne im zatem matowe pomadki, którymi uwielbiam się malować! Obydwie te pomadki ochronne jeszcze na pewno nie raz zagoszczą w mojej kosmetyczce. Każda z nich kosztuje ok. 10zł i jest to bardzo dobra cena biorąc pod uwagę świetny skład i jakość bez zarzutu.

Znacie którąś z tych pomadek?
Czego używacie w celu ochrony ust?

10/09/2018

Recenzja książki: Katarzyna Droga "Gospoda pod Bocianem".

Witajcie!

Zapraszam na recenzję książki Katarzyny Drogiej pt. "Gospoda pod Bocianem".

Książka autorstwa Katarzyny Drogiej opowiada o zawiłych losach rodziny Bogosz oraz ich przyjaciół. Znaczna część opowieści rozgrywa się w czasach przeszłych, ale przeszłość mocno powiązana jest z teraźniejszością. Mamy do czynienia z dwoma czasami akcji. Historię Gospody oraz jej mieszkańców poznajemy ze wspomnień Konstantego- syna założyciela oberży na rozstaju dróg, jedynego, który dożył obecnych czasów. Główny bohater książki jest bohaterem zbiorowym, ponieważ jest to rodzina Bogoszów. Jednak postacią szczególnie ważną w tej historii jest Teodora- żona założyciela Gospody. Przez jej postać autorka ukazuje obraz kobiety pracowitej, silnej i niezłomnej, potrafiącej wiele udźwignąć, a mimo to do końca swoich dni stanowić ostoję rodziny- jej głowę i serce. Książka ukazuje przeróżne oblicza miłości, zarówno kobiety i mężczyzny, jak też uczuć rodzicielskich. Powieść ma otwarte zakończenie i aż prosi się, by powstała jej kontynuacja, traktująca o losach bohaterów czasów teraźniejszych.

Skłamałabym, jeśli napisałabym, że książka wciągnęła mnie od pierwszych stron. Na początku trzeba się naprawdę mocno skupić, żeby wczuć się w wątek. A właściwie dwa- teraźniejszość i przeszłość. Jednak po przełamaniu pierwszych lodów z kartkami książki, ciężko się od niej oderwać. Opowieść Konstantego o losach rodziny tak wciąga, że momentami, aż się denerwowałam, gdy następował powrót do czasów współczesnych. A działo się to, w najlepszych momentach opowieści! Mnie osobiście bardziej zaciekawiła ukazana w książce przeszłość. Bardzo lubię czytać o dziejach ludzi podczas wojny, jak również przed i po niej. To taka lekcja historii w bardziej przystępnym wydaniu niż daty i fakty. Choć postacie z czasów współczesnych wzbudziły moją sympatię, szczególnie roztrzepana Helenka, to jednak ich losy nie są tak intrygujące, jak to, co działo się lata temu. Mnogość postaci, pozwoliła autorce na ukazanie wielu ciekawych wątków, nie powodując przy tym chaosu i zagubienia dla Czytelnika. Duża ilość bohaterów powieści to także festiwal charakterów i różnych (często skrajnych) poglądów na ówczesne sprawy (wojna, służby bezpieczeństwa). Książka, mimo, że nie jest powieścią sensacyjną, potrafi trzymać w napięciu szczególnie tajemnicze zniknięcia bohaterów- "w tej rodzinie w każdym pokoleniu ktoś musi wyjechać i zniknąć". Choć tajemnic jest w tej książce wiele, dla mnie największą zagadką były losy Krysi- przybranej córki Tosi Bogosz, zabranej do niemieckiego obozu, jako kilkuletniej dziewczynki. Wątek ten wciąż powracał, a ja jako Czytelnik zastanawiałam się, czy może wreszcie uda się wyjaśnić jej losy, może zbiegi okoliczności mające miejsce we współczesności pomogą trafić na jej ślad.

Książka "Gospoda pod Bocianem" jest piękną obyczajową powieścią. Losy rodziny w niej ukazane często intrygują, ale też i wzruszają, dają do myślenia. Połączenie przeszłości ze współczesnością bardzo się autorce udało, widoczna jest spójność między tym, co było, a tym, co jest. Polecam gorąco na długie jesienne wieczory.

Do kupienia: Sensus